5 lipca 2014

Literackie trio dla graczy

Jesteście fanami literatury? Ja jak najbardziej, a swoje mijające najdłuższe wakacje spędzam głównie na wędrówkach między konsolą i książką. W swojej czytelniczej karierze 3 razy udało mi się trafić na rewelacyjne lektury traktujące o naszym ulubionym temacie. Ich głównymi wątkami są gry komputerowe, więc myślę, że powinny większość z Was zainteresować.


Erebos, Ursula Poznanski

To dość ciekawa opowieść, która w karykaturalny sposób pokazuje co się czasem dzieje z młodymi, kiedy jednak przesadzą z przebywaniem w wirtualnych rzeczywistościach. Nick, nasz główny bohater, jest świadkiem rozprzestrzeniania się pirackiej wersji Erebosa. To gra, która w tajemniczy sposób pochłania użytkowników bez reszty, a jej zasady są nader surowe - nie można o niej gadać, a questy wykonujemy w prawdziwym życiu. Jeśli nie spełnisz tych warunków to wypadasz i już nie ma powrotu. Bardzo prędko okazuje się, że Erebos to nie jest zwyczajny program i trzeba będzie nie lada wysiłku, żeby go powstrzymać...

Samą lekturę pochłania się bardzo szybko, bo pisana jest typowo młodzieżowym językiem. Większość książki to opisy działań w grze, właściwie rzadko kiedy przebywamy poza Erebosem. Czyta się wygodnie, fabuła szybko brnie do przodu łatwo pozwalając nam przyjąć rolę obserwatora wirtualnych zdarzeń. Przyznam jednak, że temat można było lepiej wykorzystać i szkoda, autorka nie zdecydowała się na kontynuację. 

Insygnia, S.J. Kincaid

O tej powieści już zdarzyło mi się pisać w zeszłym roku, ale chętnie przypomnę jej treść. W skrócie mówiąc, jest to opowieść o pryszczatym chłopcu, nieudaczniku, ciąganym wiecznie po kasynach przez ojca-hazardzistę.  Jest jednak coś, w czym niewielu może mu się równać – są to gry wideo. Pewnego dnia, kiedy Tom kolejny raz kosi rywali w salonie gier przychodzi do niego generał Marsh prosto z siedziby wojska amerykańskiego i obserwując jego sukcesy proponuje mu dołączenie do elitarnej Wieży Pentagonu, gdzie nastolatkowie mierzą się w symulacjach z wrogimi państwami w kosmosie za pomocą wszczepianych im procesorów korowych do mózgów, masterujących ich skille i dodających nowe. Jeśli czytaliście Grę Endera to słusznie się Wam powinno skojarzyć. 

To typowa powieść young adult, która każdemu szanującemu się fanowi sci-fi powinna przypaść do gustu, gdyż poza wstawkami bohaterów nt. właśnie różnych serii typu Star Trek cechuje ją łatwość odbioru, czyli banalny, prosty język.homas Raines wydaje się o wiele barwniejszy od zwykłych bohaterów. Chłopak jest bardzo waleczny,  a także niesłychanie pyskaty i arogancki, co wbrew pozorom dodaje mu propsów do sympatii czytelnika. Nie braknie tu także wyszukanych żartów, które wywołują naprawdę szczery uśmiech.

(Ready) Player One, Ernest Cline

OASIS to nowe życie. Zupełnie inna rzeczywistość. Świat, w którym wszyscy przebywają na okrągło, bo z tego prawdziwego niewiele już zostało... To zalążek apokalipsy - brakuje jedzenia, ludzie mieszkają w slumsach i przyczepach, brakuje energii. Umiera twórca gry powyżej i w swoim testamencie zapisuje cały swój ogromny majątek temu, który odnajdzie jego easter egga. Stawką są miliardy dolarów, więc Wade Watts jako jeden z wielu podejmuje się wyzwania.

Zdecydowana większość książki to prywatne przemyślenia Wade'a na temat rzeczywistości i życia Hallidaya, projektanta zafascynowanego latami 80. będącymi czasem jego młodości. Wbrew pozorom to wcale nie jest nudne, choć rzeczywiście zdarzyło mi się, że odczułam deficyt dialogów jakichkolwiek, no ale w końcu to książka o zamkniętym w czterech ścianach nerdzie, który nie komunikuje się za wiele z innymi. Napakowanie akcją, szybkie tempo i nawiązywanie do wszelkiego rodzaju objawów geekowskiej kultury sprawiają, że ciężko oderwać się od lektury. I to właśnie Ready Player One jest moim numerem jeden całego zestawienia.

I co sądzicie? Macie może jakieś swoje ulubione lektury o tematyce gier? Bardzo chętnie poznam Wasze typy :)

17 czerwca 2014

Ktoś kradnie mi portal!



Głównym obiektem moich obczajań stała się ostatnio totalnie oryginalna gra mobilna. Ingress od Niantic Labs to swoistego rodzaju rewolucja na rynku elektronicznej rozrywki – znaleziono w końcu sposób, by grubego nerda wyciągnąć z domu na długodystansowe przechadzki!

Niesamowite jak ta gra wciąga i zachęca do działania. Sama dość dużo (czy też za dużo) nołlajfię w domu, więc takie MMO jest dla mnie idealnym rozwiązaniem. Ale na czym to wszystko polega?

Do grania potrzebujemy urządzenia z Androidem, pakietem internetowym i GPS, bo potrzebujemy ciągle aktualizować mapę, na której się poruszamy. Na początku gry wybieramy czy dołączamy do grupy The Enlightened lub The Resistance (to ja) – to dwie przeciwne frakcje, które walczą o panowanie nad światem. Jedni i drudzy tworzą portale w przeróżnych miejscach, by połączyć je w trójkąty i przejmować ogromne tereny. Brzmi znajomo, prawda? Tylko, że to wszystko dzieje się naprawdę!

Centrum Krakowa to idealne miejsce na działanie. Wczoraj pół dnia ekspiliśmy, czego efektem było osiągnięcie trzeciego levelu, a to też nie dzieje się tak łatwo. Niczym Aiden Pearce wpatrzeni w smartfonowe ekrany podążaliśmy w kierunkach najbliższych portali, by shackować je i objąć w posiadanie. Dzięki takiemu hackowaniu możemy zdobyć cenne itemy, które można potem wykorzystać do przejmowania kolejnych portali, chronić je przed wrogim przejęciem, a także linkować w trójkąty (co też udało mi się parę razy wczoraj). Portale najczęściej znajdziemy w charakterystycznych miejscach, takich jak fontanna w Krakowskiej czy Dworzec Główny – każdy może zgłosić taką lokację poprzez wysłanie zdjęcia deweloperom i pozostawienie im do rozpatrzenia. Przede wszystkim musimy niszczyć portale wrogiej frakcji. Żeby się to udało musimy rozwalić 8 Rezonatorów właściciela i wstawić własne na ich miejsce – czasem zdarzy się biały portal, który jest niczyj, więc mi dodatkowo zależało, żeby zdobywać właśnie takie, bo z moim dość noobowym levelem rzadko kiedy mam możliwość przejęcia portala od kogoś. Zasady gry nie są jakoś specjalnie banalne, ale po kilku takich spacerach wszystko się wyjaśnia.                               

Ingress to naprawdę niesamowity pomysł. W końcu rzeczywiście zachęca do wyjścia z domu, choć na obrzeżach miast i w małych miejscowościach raczej niewiele zdziałamy – największe zagęszczenie portali znajdziemy, oczywiście, w centrach i tam polecam się udawać, by natrzepać dobrego ekspa. Jeśli do tego wszystkiego dodamy jeszcze wyobraźnię to całość nabiera stokrotnie więcej walorów niż najlepsza gra „stacjonarna”. Tutaj to Ty jesteś hakerem i to właśnie od Ciebie zależy los ludzkości. Lecz pamiętaj, z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność…

Ściągnij i hackuj już teraz!


9 czerwca 2014

Gra spektaklu

Abonament PS Plus to chyba jeden z największych objawień gamingu – za skromną kwotę pozwala cieszyć się ogromną biblioteką gier sprawiając, że w moje łapy wpadają tytuły z przeróżnych półek jakościowych i gatunkowych poszerzając moje doświadczenie w tej dziedzinie. Ostatnio nareszcie udało mi się chwycić coś, w co od początku chciałam zagrać. Puppeteer jest tak ciekawą produkcją, że przygoda z nim zainspirowała mnie do pewnych przemyśleń. Co by było jakbyśmy grali w spektakl(u)?

Exclusive Sony to intrygująca i całkiem rewolucyjna koncepcja, choć właściwie niewystarczająco doceniona. Dała mi w pewnym sensie do myślenia i zrodziła pewne pytanie – co by było jakby pojawiło się więcej takich produkcji? Wyobraźcie sobie, że dosłownie „gracie w spektakl” i to Wy decydujecie co się dalej stanie. Brzmi znajomo?

Z wyborami to my się znamy

Każdy kojarzy gry studia Telltale (The Walking Dead, The Wolf Among Us) czy też kontrowersyjne samograje Davida Cage’a (Heavy Rain, Beyond: TS). To nic innego jak właśnie takie odgrywanie historii za pomocą naszych decyzji, z tym, że ta cała scena, kukiełki i rekwizyty pozostają skutecznie zakryte. To nic, że tak naprawdę w większości te decyzje nie mają znaczenia, ale to wciąż w pewnym sensie narracja i sztuka, którą teoretycznie można by było wystawiać na scenie. I oglądałoby się to nam całkiem nieźle, bo jest dramat, jest zdrada i intrygujący bohaterowie, czyli prawie jak Shakespeare. Trzeba przyznać, że coś w tym jest i właściwie to chętnie grałabym w jakąś gamingową hybrydę Makbeta, czy to w dosłownym sensie jak Puppeteer, czy na zasadzie podobnej do TWD. Najlepiej też by decyzje miały znaczenie, więc ów dramat mógłby się nam, graczom, zakończyć zupełnie inaczej i to kolejny ciekawy aspekt pójścia w tym kierunku.

Większe możliwości gamingu

Na przykładzie Puppeteer możemy zaobserwować idealne wykorzystanie sztuki teatralnej i skonfrontowanie jej z najzwyczajniejszym w świecie graniem. To z pewnością musi być świetne doświadczenie zarówno dla graczy jak i fanów przedstawień scenicznych – gracz fajnie wciela się w rolę (dosłownie i w przenośni, bo przecież zawsze w grze przyjmuje czyjąś twarz), a wielbiciel sceny przeżywa historię głębiej. Bo w końcu w Puppeteer nieustannie zmienia nam się lokacja czy sceneria w gładki i szybki sposób pogłębiając immersję, a to nie byłoby możliwe na prawdziwej scenie. Jednocześnie zbieramy pewne światełka niczym monety z gier retro i uważamy, żeby dosłownie nie stracić głowy. W wymiarze 2.5D (znanym głownie z LittleBigPlanet) poruszamy się z jednego kąta sceny na drugi, czyli widzimy dokładnie tak jak w teatrze. Rewelacyjna kombinacja, zwłaszcza dla kogoś kto docenia sztukę zarówno tradycyjną jak i elektroniczną.

Czekam na rewolucję

Choć nie miałam jeszcze okazji ukończyć Puppeteer to już teraz wiem, że pozostaje niezwykle intrygującą innowacją zarówno w świecie gier jak i teatru. To tytuł przeznaczony głównie najmłodszym z racji kukiełkowego klimatu, co w sumie mnie cieszy – brzdące od najmłodszych lat poznają sztukę sceniczną połączoną z fajnym graniem. Temat ten tak mnie zaciekawił, że czekam teraz na poważniejsze produkcje w takim stylu. Frankenstein? Hamlet? Nawet uprawiając dzikie QTE bawiąc się z takimi grami dawałoby mi to frajdę, że właściwie bezpośrednio w nią ingeruję. A to nic innego jak znany nam płaczliwy Beyond czy inne TWAS. Myśleliście kiedyś, żeby być jednocześnie reżyserem, aktorem i scenografem? A co dla nas najważniejsze… graczem? Chciałabym, żeby pojawił się taki właśnie gatunek gier dający niemalże boską władzę, która zachęca do posługiwania się największymi okrucieństwami ;)



2 czerwca 2014

Dajcie nowe

To moje osobiste (i pewnie nie tylko) hasło nadchodzących targów Electronic Entertainment Expo. Tyle żeśmy się nawdychali oparów odgrzewanych kotletów, że przychodzi ochota na nowe doznania. A że kotlety najlepiej smakują świeże i dobrze jakby nie były kotletami, tylko czymś nowym i intensywnie mieszającym zmysły. Zatem co by się przydało ujrzeć na tegorocznych E3?

To temat rzeka, który można by było rozkminiać aż do następnych targów, ale skoro już nadeszła nowa generacja 
to mam nadzieję, że tym razem w LA będą się działy poważne rzeczy.

Dobrych eksów nigdy za wiele

Jak pewnie wiecie (albo i nie wiecie), jestem wielką fanką sprzętów Sony, a konkretnie konsol. Mam ich cztery, w tym najnowszą i najpotężniejszą. Noc w noc snuję marzenia niekończącej się zabawy dostarczanej przez exclusive’y japońskiej firmy, więc czekam nie tylko na kontynuację dotychczasowych jej marek, ale także rozszerzenie ich listy o zupełnie nowe tytuły. Chciałabym móc poczuć te wyjątkowe emocje, które dało mi np. The Last of Us (to już rok będzie!) i cieszyć się wyłącznością. Trochę to samolubne, ale każdy, kto spędził już nieco czasu jako konsolowiec wie, że produkcje dedykowane konkretnej konsoli są zazwyczaj przygotowywane z większą dozą dopieszczenia – tutaj nie ma miejsca na crapy. Dlatego też zacieram ręce na nadchodzące The Order: 1886, które, co prawda, zostało przesunięte na następny rok, ale już dzisiaj ma szanse stać się czymś wyjątkowym w umysłach graczy, a przede wszystkim – CZYMŚ NOWYM. Poza tym kto by nie chciał ponapierdzielać futurystycznymi giwerami w czasach wiktoriańskiej Anglii? To musi się udać, zwłaszcza, że poza obiecującym klimatem i fabułą pozostaje shooterem w trzeciej osobie, co absolutnie uwielbiam. Liczę więc na ujrzenie nieopublikowanych wcześniej materiałów na konferencji Sony. Oczywiście, nie tyczy się to tylko The Order: 1886 – mam nadzieję, że wraz z oficjalnym trailerem kolejnego Uncharted pojawi się coś absolutnie zajebistego i jednocześnie dedykowanego którejś z moich konsol.

Co więcej, przydałyby się także hity multiplatformowe (tylko, że tym razem naprawdę dobre i niezabugowane jak Watch_Dogs). Chciałabym, żeby jesień tego roku nadeszła pod znakiem nowości, a nie tylko sequeli. Na pewno poznamy szczegóły dotyczące nowego Batmana i Assassina, na co zacieram ręce, ale oczekiwałabym również jakichś większych zaskoczeń. Może w końcu The Last Guardian? Half Life? Ciężko stwierdzić czego by się można tym razem spodziewać, gdyż to pierwsze targi od czasu nastania nowej generacji. Pozostaje liczyć, że nie dostaniemy po mordzie jedynie zalewem indyków, bo chociaż je kocham, to ostatnio przybywa ich nieco za dużo. Z drugiej strony należy jednak pamiętać, że tasiemcowanie świetnych marek to dobra idea – fani dostają kolejny sequel swojej ulubionej serii, a producenci liczą hajs za wypuszczenie kolejny raz tego samego. Standard, ale, jak widać, działa. Ja osobiście poza nowymi uniwersami dziecięcym wzrokiem również wyczekuję kontynuacji moich ukochanych produkcji.

Ruch w stronę VR

Jakiś czas temu popełniłam post wyrażający opinię o sławnym Oculus Rift, który podbija branżę elektronicznej rozrywki. Ów gadżet wyjątkowo wpadł w me gusta, zatem cicho marzę, by ogłoszono jego nową, bardziej przystępną wersję za rozsądną cenę. Sony również zdecydowało się produkować własne gogle do wirtualnej rzeczywistości – fajnie by było, jakbyśmy się dowiedzieli kiedy Project Morpheus trafi do masowej sprzedaży, bo bardzo chętnie sprawiłabym sobie taką zabawkę.

Nowe gry, nowe konsole?

Ponad pół roku po premierze nowych konsol nadchodzi dobry moment, żeby zbierać się z ogłoszeniem wersji slim, czy też Xbone’a bez Kinecta. PS4 wciąż sprzedaje się fenomenalnie, ale żeby jeszcze podnieść jej popularność i atrakcyjność Sony pewnie pokusi się o podanie jakiegoś info na temat zgrabniejszej edycji swojej konsoli. A poczciwy Microsoft może ogoli X1 z niepotrzebnego podglądacza i zdecyduje się wypuścić sprzęt w naszym kraju Trzeciego Świata.


Coś czuję, że tegoroczne E3 albo będzie wielkim hitem, albo paskudnym zawodem. Jeśli nasi kochani deweloperzy nie skupią się na lubianych markach lub najlepiej nowych to chyba będzie wstyd. Zapewniano nas wielokrotnie, że ta generacja będzie obfitowała w niepowtarzalne produkcje i, jak wszyscy widzą, ni widu, ni słychu. Jak na razie to ten rok już do końca nie zapowiada się szałowo, więc ostatnia nadzieja w targach. Bo jeśli nie, to w gamingu zaczną się dziać poważne rzeczy dopiero w przyszłym roku.

17 maja 2014

Meandry reklamy

Mówi się, że marketing  dźwignią handlu i nie istnieje żadna branża, której by się to powiedzenie nie tyczyło. Ale poza sferą durnych spotów past do zębów i sieci komórkowych stoją dobrze nam znane trailery do gier. Niejednokrotnie zachwycona ich kunsztem zakupiłam prezentowany przez nich produkt, ale co wtedy, jeśli jednak treść reklamy mija się z zawartością pudełka?

Co za dużo to i świnia nie zeżre

Inspiracją tego tekstu staje się dziś kampania reklamowa Watch_Dogsów, która z dnia na dzień osiąga coraz to wyższy szczyt. Oczywiście, jaram się niemożliwie od pierwszych informacji na ich temat, w związku z czym preorder został złożony. Ale co dalej? Jakiś czas temu okazało się, że w najnowszych prezentowanych filmach reklamowych gra wygląda o wiele gorzej niż na początku, co niewątpliwie wzburzyło wielką falę hejtu. W sumie słusznie, bo reklama reklamą, ale uczciwie by było przedstawiać towar w faktycznym stanie do sprzedaży. To po pierwsze. A po drugie – Ubisoft, ile można? Ja wiem, że musicie koniecznie gotować mi kisiel w majtach, ale na serio, dzień w dzień nowy materiał? Osobiście już dawno przestałam je oglądać regularnie, bo znając praktyki firmy powyżej poznałabym najmniejsze niuanse fabularne, a wolałabym je odkryć dopiero w grze. Znamy dobrze ten typ działania Ubi, który wielokrotnie powtarzał się już przed każdą premierą asasyńskiego sequela. Powodem takiego stanu rzeczy jest, oczywiście, potrzeba bycia na ustach wszystkich gamingowych serwisów nieustannie grzejąc hype do czerwoności w celu złapania ostatnich graczy na preordery. Coś w tym jednak jest, bo widocznie im się takie zagranie opłaca (nieporównywalnie taniej jest zorganizować ekipę, która sklei nowy materiał i wrzuci w neta za DARMO, a nie za potężne hajsiwo spotów telewizyjnych). W dodatku czasem im się to naprawdę nieźle udaje, czego przykładem jest ostatni aktorski filmik, w którym wkręcają biednych ludzi, ale efekt rzeczywiście rewelacyjny.

Artyzm jelitem i mózgiem usłany

Pamiętacie zwiastun-legendę studia Techland? To właśnie wrocławskie studio wydało na świat trailer Dead Island poruszający graczy (i nie tylko) na całym globie. Pamiętam autentyczny płacz ze wzruszenia podczas pierwszego seansu i już wtedy wiedziałam, że kupię tę grę chociażby za sam zwiastun. Nie obchodziło mnie jakim crapem okaże się finalny produkt – zakochałam się totalnie w owym materiale spełniając dziecięce nadzieje o szansie na pokazanie światu, że elektroniczna rozrywka jest czymś więcej niż bezmyślną jebanką. Oglądałam go milion razy i byłam pewna, że to będzie nasz wielki polski hit. I w sumie po części był… ale ja nie zabawiłam dłużej niż parę godzin. Okazało się nudno, byle jako, marnie pod wieloma względami i za strasznie jak na moje nerwy. Wyszło na to, że sam trailer niósł więcej wartościowej treści i fabuły niż cała gra. Odstawiłam ją więc szybko z uczuciem zażenowania i przede wszystkim zawodu. Wiązałam takie nadzieje z tym produktem, a dostałam coś totalnie przeciętnego. Pod filmikiem możemy znaleźć multum komentarzy zgodnie stwierdzających, że ta jakość powinna być zarezerwowana dla The Last of Us. I to prawda. Dziecię Naughty Dog dało mi właśnie podobne emocje, co trailer Techlandu.

Zakonnice też mają dupy

W tym zestawieniu nie może też zabraknąć miejsca na kontrowersje (które są ostatnio bardzo popularne w reklamowaniu codziennych towarów). Na pewno kojarzycie pewien zwiastun ostatniego Hitmana, którym Square Enix poszczuło nas 2 lata temu. Przedstawia on Agenta 47. obmywającego rany w motelu, kiedy to zaraz ma zostać zlikwidowany przez… grupkę ponętnych zakonnic. Idą one w kierunku bohatera co krok zdejmując kolejne elementy garderoby i wyciągając coraz to masywniejsze giwery. Osoba mojego pokroju nie miała z tym większego problemu, choć faktycznie wyszło dość dziwnie, ale pojmuję, że kogoś mogłaby zbulwersować. Przynajmniej na poziomie gameplayu, bo taką reklamą dosadnie spłaszczono wartość samej produkcji dając nam do zrozumienia, że zagramy w jakąś głupkowatą strzelankę pełną seksualnych podtekstów.

Jakość marki AAA

Jak więc powinien wyglądać idealny trailer gry wideo? Musi być typowo flagowym i drogim zwiastunem „marki” E3. To znaczy, że jest to renderowany kilkuminutowy film wykonany osobno i technicznie nie mający nic wspólnego z grą. Czyli tak na dobrą sprawę właśnie taki jak przykłady powyżej, z tym, że przydałaby się tutaj jedynie namiastka fabuły i ogólny sens. Oczywiście, wtedy taka jakość zawsze nie odpowiada właściwej grze, ale mimo wszystko uważam, że takie odnoszą największy sukces. W tej chwili przypomina mi się jeden z moich ulubionych od AC: Revelations – świetnie wykonany, w tajemniczy sposób zachęca do gry nic a nic nie spoilerując, a dokładnie zawierając sens całej produkcji. Naturalnie w całym tym marketingu nie powinno zabraknąć kilkuminutowego filmu z czystym gameplayem prosto z gry, ale tylko takim, który nie zawiera ANI TROCHĘ FABUŁY. Więc jeśli lubicie czasem element zaskoczenia, to wstrzymajcie się i nie oglądajcie wszystkich możliwych materiałów.